![]() |
![]() | |
Na peryferiach Miasta na Skraju, za dzielnicami szkolnymi, w pobli�u sekcji szpitalnej i usuwania cia�, znajdowa�o si� mroczne i cuchn�ce miejsce, pe�ne pokiereszowanych i obdrapanych staro�ytnych stalowych belek. Wykazywa�y one nik��, zastarza�� radioaktywno��, pami�tk� po dawnym bezpo�rednim trafieniu pociskiem samosteruj�cym. Nie by�o to ju� miejsce niebezpieczne, ale nie by�o te� ono atrakcyjne, a na og�lnych planach lokalizacyjnych Miasta oznaczano je jako tereny magazyn�w. Miejsce to nie by�o ani zbyt u�yteczne, ani zbytnio wykorzystywane. Mo�na tam by�o przechowywa� rzeczy nie przedstawiaj�ce wi�kszej warto�ci, a tych nie trzymano w Mie�cie na Skraju wiele. O ile w og�le o nich pami�tano. Powietrze ocieka�o tam wilgoci�. Na wszystkim, co si� tam znajdowa�o, pojawia�y si� i szybko powi�ksza�y plamki ple�ni i rdzy. Bez wzgl�du na to, jak cz�sto byli przysy�ani Podr�czni, �eby skroba�, wypala� i polerowa�, powierzchnie nigdy nie by�y czyste. W Mie�cie, w kt�rym nie istnia�o takie pojecie, jak warunki �rodowiskowe, by�o to miejsce interesuj�ce, poniewa� czasami wype�nia� je odleg�y, przyt�umiony grzmot, a czasami robi�o si� tam bardzo zimno albo bardzo gor�co. Te w�a�nie zjawiska przede wszystkim przyci�gn�y do niego uwag� Chandlie'ego. Jego zainteresowanie pobudzi�o przypadkowe odkrycie faktu, �e kiedy pewnego wieczora, gdy wr�ci� z d�ugiego spaceru po�r�d dziwnych zapach�w i d�wi�k�w, opiekunowie nie wiedzieli, gdzie by�. Postanowi� sp�dza� tam wi�cej czasu. My�l o tym, �e mo�na robi� co�, o czym zupe�nie nie wiedz� opiekunowie, jednocze�nie napawa�a obaw� i podnieca�a. Jego osobisty wska�nik niezale�no�ci by� zawsze bardzo wysoki, dochodz�c niemal do punktu, w kt�rym konieczne sta�oby si� podj�cie krok�w zaradczych podczas swej drugiej czy trzeciej wizyty odkry� wielce interesuj�cy fakt, i� niekt�re z pozamykanych drzwi nie by�y zablokowane, zgodnie z zasad� "nie musisz - nie wejdziesz ". Otwiera�y si� po naci�ni�ciu klamki. M�g� to uczyni� ka�dy. Otwiera� wiec kolejne mijane drzwi. Wi�kszo�� prowadzi�a do pustych pomieszcze� albo hal, kt�re r�wnie dobrze mo�na by�o nazwa� pustymi, gdy� dostrzega� w nich tylko pi�trz�ce si� w stosach, zapomniane, szare metalowe cylindry i po��k�e kartonowe pud�a. Niekt�re drzwi prowadzi�y jednak do miejsc nie zaznaczonych nawet na planach Miasta. Z dokazuj�cym i nuc�cym na sw� piskliw�, elektroniczn� nuto Druhem u boku penetrowa� Chandlie odkrywane korytarze i schody a� do chwili, kiedy zyska� pewno��, �e nie wolno mu tam przebywa�. Powiedzia�a mu to elektroda prowadz�ca, wszyta w jego cia�o. Te rejony by�y niebezpieczne. Po stwierdzeniu tego faktu, wr�ci� do swych bada� i przez tydzie� opracowywa� spos�b takiego przeprogramowania swego Druha, �eby ten, na wydany jego g�osem rozkaz, prze��cza� si� w stan snu. Potem powr�ci� do niebezpiecznego rejonu, zostawiwszy Druha zwini�tego w k��bek za jednymi z nieciekawych drzwi i zszed� w nieznane szerokim, pokrytym grub� warstw� kurzu skrzyd�em schod�w. | ||
![]() |
![]() |
![]() |
![]() | |
Wpodziemiach Miasta na Skraju powietrze by�o jeszcze bardziej wilgotne i duszne, ni� w opuszczonych dzielnicach na powierzchni. Nie by�o tu jednak zimno. Chandlie by� zdumiony stwierdzaj�c, i� si� poci. Przedtem jego cia�o wydziela�o pot tylko podczas intensywnych �wicze� gimnastycznych i raz albo dwa, kiedy do�wiadcza� substytutu choroby. Dopiero po pewnym czasie zorientowa� si�, �e przyczyn� tego by�a temperatura panuj�ca w podziemiach, przekraczaj�ca o dobre dziesi�� stopni te 28�C, w kt�rych przywyk� �y�. Grzmi�cy pomruk by� r�wnie� wyra�niejszy i bli�szy, chocia� nie tak g�o�ny, jak zwyk� go niekiedy s�ysze�. Rozejrza� si� dooko�a z zaciekawieniem, cho� niepewnie. By�o tu wiele rzeczy dziwnych, obcych i chocia� nie mia� zbyt wielkiego do�wiadczenia �yciowego, aby by� pewnym, czy prawid�owo rozpoznaje to odczucie, nape�niaj�ce obaw�. Ta cz�� Miasta nie by�a, na przyk�ad, dobrze o�wietlona. Wszystkie inne miejsca publiczne, jakie do tej pory widzia�, by�y indentycznie o�wietlone mieni�c� si� �agodn� po�wiat�, promieniuj�c� z otaczaj�cych je ciek�okrystalicznych �cian. Tutaj by�o inaczej. �wiat�o wydobywa�o si� z pojedynczych punkt�w. Tu jedno jasno �wiec�ce �r�d�o �wiat�a otoczone szklan� kul�, tam inne, nast�pne kilka metr�w dalej. Przedmioty rzuca�y cienie. Chandlie po�wieci� troch� czasu na ich badanie. Niekiedy, pomi�dzy poszczeg�lnymi punktami �wietlnymi istnia�y znaczne odst�py, na przestrzeni kt�rych znajdowa�y si� takie same szklane kule tym tylko r�ni�ce si� od innych, �e nie mia�y centralnego, jarz�cego si� rdzenia, jak gdyby przesta�y dzia�a� i z jakiego� powodu Podr�czni nie potrafili ich naprawi�. Tam, gdzie wyst�powa�y takie , nieczynne kule cienie nak�ada�y si� na siebie, aby wytworzy� co�, co rozpozna� jako ciemno��. Czasami, gdy by� jeszcze ma�ym ch�opcem, naci�ga� ko�dr� na g�ow� po zmniejszeniu nat�eniu o�wietlenia jego pokoju na czas snu, �eby zobaczy�, jaka jest ciemno��. Ciep�a i przytulna. Ale ta nie by�a przytulna. Rozlega�y si� w niej odleg�e odg�osy �omotania, walenia. Przypomnia� sobie naraz, �e nie tak znowu daleko nad i za nim znajduje si� rejon usuwania cia� i chocia� nie prze�ladowa�a go niezdrowa obawa przed trupami, ta �wiadomo�� nie sprawia�a mu przyjemno�ci. Chandlie poczu� niepok�j. �a�owa� troch�, �e unieruchomi� swojego Druha i kaza� mu zosta�. Pe�na samodzielno�� by�a podniecaj�ca, ale i dokuczliwa. Dobrze by�oby mie� u boku dokazuj�cego i pomrukuj�cego Druha, widzie� jego jasne mlecznobia�e, czujne oczy, wiedzie�, �e w razie jakiego� nieprzewidzianego zdarzenia przy�le on automatycznie do oceny opiekun�w impuls alarmowy i je�li zajdzie taka potrzeba przyst�pi do dzia�ania. Jakiego dzia�ania? - pomy�la�. Ratowania ma�ego ch�opca przed chochlikami za�artowa� w duchu. To pomog�o mu odsun�� od siebie cieniutkie nic paj�czyny strachu. Czu� nadal ich dotyk, ale �adna nie doskwiera�a mu a� tak, by zawr�ci�. Jego wska�nik ciekawo�ci r�wnie� by� bardzo wysoki. | ||
![]() |
![]() |
![]() |
![]() | |
Wszystko to sta�o si� w �rodzie�, po godzinach zaj�� szkolnych, co oznacza�o, �e Chandlie przeszed� w�a�nie przez cotygodniowe zabiegi terapeutyczne i by� po brzegi wy�adowany hormonami, witaminami i pewno�ci� siebie. Mo�e to w�a�nie uczyni�o go tak �mia�ym. Bardzo wiele rzeczy zale�y od podobnych zbieg�w okoliczno�ci. Szed� dalej. Po pewnym czasie u�wiadomi� sobie, �e badany przeze� nowy �wiat nie robi si� coraz ciemniejszy. Robi�o si� coraz ja�niej. Jednocze�nie wzrasta�a temperatura. Z jego nieprzywyk�ych do gor�ca por�w wylewa�y si� strumienie potu. S�ona wilgo� zlepia�a mu d�ugie w�osy na skroniach, wyst�powa�a na piersiach, �cieka�a kroplami spod pach i po plecach. Zda� sobie spraw�, �e jego cia�o wydziela wo�. �wiat�o przed nim by�o teraz ja�niejsze ni� za nim i min�wszy zakr�t korytarza ujrza� ��ty blask, kt�ry zmusi� go do zaci�ni�cia powiek. Zatrzyma� si�. Odkrywaj�c na nowo esjcimoski reduktor blasku, spojrza� przez na wp� rozcapierzone palce. Potem, zapominaj�c o ostro�no�ci, ruszy� biegiem w d� po staro�ytnych stopniach, nieomal upadaj�c, - gdy jeden z nich zachwia� si� pod jego ci�arem. Odzyska� r�wnowag� i zbiega� dalej w d�. Zatrzyma� si� na pofa�dowanej powierzchni utworzonej przez szaro��te, sypkie ziarenka, w kt�rych z Nauk o Ziemi rozpozna� piasek. Gro�ny odleg�y pomruk rozlega� si� teraz blisko i by� raczej uroczysty i bezosobowy ni� przera�aj�cy. Ch�opiec zorientowa� si� sk�d ten odg�os dochodzi. Z b��kitnej p�aszczyzny rozci�gaj�cej si� przed nim w niesko�czono�� d�wiga�y si� majestatycznie g�ry wzburzonej wody. Ros�y z wolna, osi�ga�y szczyt, wygina�y si� do przodu i rozbija�y w bia�ej, wilgotnej mgie�ce, a grzmot by� nast�pstwem ich nieustannych zderze� mi�dzy sob� i z piaskiem. Upa� by� nie do zniesienia, ale Chandlie jako� go wytrzymywa�. By� zachwycony, przestraszony, zdziwiony, oczarowany niemal do zawrotu g�owy. To by�a "pla�a"! To by�o "morze"! By� "na zewn�trz"! Taka przygoda nie przydarzy�a si� nigdy �adnemu m�odemu mieszka�cowi Miasta, kt�rego zna�by osobi�cie lub ze s�yszenia. Co� takiego nie przytrafi�o si� nikomu, pr�cz Wyrzutk�w. Nigdy si� nie spodziewa�, �e przydarzy si� to w�a�nie jemu. Nie chodzi�o tu o to, �e nie wiedzia�, i� poza miastami istnia�y jeszcze inne miejsca. Dowiedzia� si� tego ju� dawniej z Nauk o Ziemi. Z nich te� zreszt� czerpa� wiedz� o leniwym p�ynnym j�drze z �elaza w sercu Ziemi i o kr���cych odleg�ych cia�ach nazywanych "Ksi�ycem", "planetami" i "gwiazdami". Wiedzia� nawet, �e gdzie� na �wiecie, mi�dzy miastami, istniej� miejsca podobne do tych, na kt�rych pokolenia i wieki temu �yli ludzie, gdy byli jeszcze podst�pni i okrutni i �e, przynajmniej teoretycznie, mieszkaniec miasta m�g� stan�� w takim miejscu i nie zosta� od razu przekszta�conym w Wyrzutka albo dozna� zaburze� psychicznych czy straci� �ycie. Ale nigdy nie podejrzewa�, �e na takie miejsca mo�na sio natkn�� w pobli�u Miasta na Skraju. | ||
![]() |
![]() |
![]() |
![]() | |
Ca�a ta sprawiaj�ca b�l jasno�� pochodzi�a z jednej centralnej jasno�ci, kt�r� - Chandlie to wiedzia� - by�o "S�o�ce". Przekona� si� szybko, �e nie mo�na na nie patrze� bezkarnie go�ym okiem. Kosztowa�o go to troch� b�lu i kilka minut o�lepienia. Przypomnia� sobie, �e taka wysoko�� S�o�ca na niebosk�onie oznacza "po�udnie", co by�o pocz�tkowo zaskoczeniem, ale po chwili ch�opiec uzmys�owi� sobie, i� czas jego �wiata jest wyznaczany czasem Miasta, a czas s�oneczny r�ni si� w zale�no�ci od tego, czy kto� udaje si� na wsch�d czy na zach�d. Nigdy dot�d nie mia� jednak okazji do sprawdzenia tego w praktyce. Gdy znowu m�g� widzie�, rozejrza� si� dooko�a. Przed sob� dostrzega� grzmi�ce fale osza�amiaj�co wielkiego oceanu, za sob� otoczon� murem, wynios�� bry�� Miasta na Skraju d�wigaj�c� si� ku niebu niczym czworo�cienne egipskie grobowce zmar�ych w�adc�w. Po prawej stronie ci�gn�a si� nieregularna linia graniczna mi�dzy wod� a l�dem; kt�ra gin�a z oczu kryj�c si� za murem Miasta. Ale po lewej, po lewej dostrzeg� co� dziwnego. Sta�y tam budynki. Wiele budynk�w. Nie jedna wielka polistruktura jak prawdziwe Miasto, tylko budynki. W�r�d nich poruszali si� ludzie. Odetchn�� g��biej, �eby pobudzi� w sobie odwag� i ruszy� w tamtym kierunku. Po raz pierwszy w �yciu brn�� przez piasek. By�o to trudne, jak marsz z pi�ciokilogramowymi odwa�nikami u n�g po powierzchni, kt�ra usuwa si�, obsypuje i nieregularnie zapada pod stopami. Ludzie zauwa�yli go, zanim zbli�y� si� na odleg�o��, z kt�rej m�g� do nich zawo�a� lub us�ysze� ich g�osy, nawet gdyby uda�o si� przekrzycze� szum wiatru i huk rozbijaj�cych si� o brzeg fal. Rozmawiali przez chwile mi�dzy sob�, a potem zacz�li wymachiwa� w jego stron�. Widzia� na ich twarzach u�miechy. Domy�li� si� od razu, �e to Wyrzutkowi. Gdy podszed� bli�ej i kilkoro z nich wyruszy�o mu na spotkanie, dostrzeg�, �e niekt�rzy nie s� zbyt czy�ci, a wszyscy odznaczaj� si� obfitym ow�osieniem - kobiety na g�owach, za� m�czy�ni mieli brody, bokobrody, w�sy, a jeden grubas by� obro�ni�ty z przodu i z ty�u jak nied�wied�. Nie zauwa�y� w�r�d nich ludzi m�odych. Najm�odszy przekroczy� z pewno�ci� dwadzie�cia lat. Byli niemal wszyscy upo�ledzeni fizycznie w najprzer�niejsze i wywo�uj�ce odraz� sposoby. Na szkolnych wycieczkach do obszar�w usuwania cia�, Chandlie'ego szokowa� nieestetyczny wygl�d trup�w, ale ci ludzie, chocia� �ywi, byli r�wnie� brzydcy. Niekt�rzy mieli szar� sk�r� i �ysiej�ce g�owy. Piersi niekt�rych kobiet zwisa�y niczym wyssane do cna owoce. Kilkoro nosi�o przed oczyma szklane kr��ki w oprawkach. Twarze wielu by�y pokryte bliznami i ogorza�e. Niekt�rzy garbili si�, pochylali albo szli kulej�c. Okrywaj�ce ich ubrania nie przylega�y do cia�, tak jak powinna to robi� w�a�ciwie skrojona odzie�. Nosili d�ugie cha�aty, szorty albo swetry. Dostrzega� te� w�r�d nich zupe�nych nagus�w. Poniewa� Chandlie nie widzia� nigdy szpetnego cz�owieka, nie zdawa� sobie sprawy; �e uczuciem, kt�re nim zaw�adn�o jest zwyczajny wstr�t; a poniewa� nie rozpozna� go, widok nieznajomych nie napawa� go odraz�, lecz niepokojem. Przygl�da� si� im ciekawie i badawczo. Uprzytomni� sobie, i� w�r�d tych ludzi mog� si� znajdowa� jego ojciec i matka. Nie rozpozna� ich, bo przecie� nie pami�ta� jak wygl�daj�. | ||
![]() |
![]() |
![]() |
![]() | |
Jako bardzo ma�y ch�opiec, Chandlie prze�y� awarie oprogramowania jednego ze swych opiekun�w. Przejawia�a si� ona udzielaniem mu nie kompletnych odpowiedzi, a czasem zadawaniem niekompletnych pyta�. Pomijane cz�ci zda� stanowi�y cz�sto istot� wypowiedzi opiekuna, cz�ci wypowiadane przez niego by�y tylko dodatkowymi szczeg�ami. Gdy pyta� na przyk�ad: "Opiekunie, jaki kszta�t ma Ziemia?", s�ysza�: "... i dlatego w�a�nie, gdy ogl�dasz kolejne slajdy z okr�tem zbli�aj�cym si� do linii horyzontu, obserwujesz �e znika on od do�u w g�r�. By�o to troch� tak, jak teraz z Wyrzutkami. Powitali go serdecznie, m�wili do� pochylaj�c si� nad nim tak, �e odwraca� g�ow�, by nie czu� na twarzy ich oddech�w. Cz�stowali go niezbyt apetycznie wygl�daj�cym po�ywieniem i surowymi owocami, kt�re jednak zjad�. Niekt�rzy z nich dotykali go albo usi�owali poca�owa�. "Pragniemy ci� kocha�" - m�wili. Wprawi�o go to w zak�opotanie. Nie chcia� p�odzi� dziecka z �adn� z tych kobiet, a w�r�d wypowiadaj�cych te s�owa byli r�wnie� m�czy�ni. M�wili r�wnie�: ,,Jeste� tak m�ody i tak �adny, a przyszed�e� do nas. Witamy ci� z otwartymi ramionami". Pokazywali mu wszystko, co zrobili, proponowali swoje rozrywki i zabawy. Poprowadzili go chodnikiem z drewna biegn�cym wzd�u� pla�y do okr�g�ego budynku, w kt�rym znajdowa� si� okr�g�y obrotowy st�. Kilku m�odszych, silniejszych m�czyzn napar�o na dr�gi i wprawi�o st� w powolny, chybotliwy ruch obrotowy. Do sto�u przymocowane by�y figury zwierz�t obracaj�ce si� razem z nim. Poprosili go, �eby dosiad� jednej z nich. "To karuzela" - krzyczeli. �eby ich nie urazi�, usiad� na jeden czy dwa obroty na jednym z koni, ale rozrywka ta nie wytrzymywa�a por�wnania z Prysznicem albo Skacz�cymi Poduszkami. "�yjemy wolni i nieskr�powani" m�wili. "Bierzemy co �wiat nam daje i nie krzywdzimy nikogo. Cieszymy si� rado�ciami, o kt�rych Miasto ju� zapomnia�o". Nak�oniwszy go do zdj�cia dolnej cz�ci dziennej szaty, tak �e mia� teraz stopy i nogi nagie a� do woreczka na genitalia, spacerowali z nim tu� przy brzegu wody. Z morza wysuwa�y si� j�zyki fal; omywa�y mu stopy i cofa�y si� z powrotem. Mi�dzy palcami zbiera� mu si� mokry piasek. Uda sw�dzia�y go od schn�cej soli. M�wili do�: "Sp�jrz tutaj. �ciany krusz� si� na skutek erozji". Zaprowadzili go do bramy wjazdowej Miasta. Przybywa�y tu z komun rolniczych wielkie transportowce wysypuj�ce ziarno i zamro�on� �ywno�� do wielkich lej�w, z kt�rych trzech najm�odszych Wyrzutk�w podbiera�o do p��ciennych woreczk�w racje po�ywienia na nast�pny dzie�. "Miasto nie potrzebuje tego wszystkiego - m�wili - ale gdyby wiedzieli, �e to bierzemy, przep�dziliby nas". Ogrzewali w brudnych d�oniach jagody i cz�stowali nimi Chandlie'ego, a� wreszcie nie m�g� ju� zje�� wi�cej. "Zosta� z nami" - prosili. Jeste� istot� ludzk�, bo inaczej nie przyszed�by� tu sam! Miasto nie jest dla ludzi". Naprawd� zaczyna� si� ju� �le czu�. By� te� �wiadom up�ywu czasu. Gdy s�o�ce skry�o si� za szar� piramid�, a od morza powia� ch�odny wiatr, powiedzieli: Je�eli musisz wraca�, wracaj. Ale odwied� nas jeszcze: Nie mamy zbyt wielu dzieci. Lubimy ciebie. Chcemy ci� kocha�. Pozwoli�, aby kilku z nich jeszcze raz go dotkn�o, potem odwr�ci� si� i ruszy� z powrotem po swoich �ladach. Nie podoba�o mu si� nowe uczucie, kt�re nim ow�adn�o i nie wiedzia� sk�d si� bierze wo�, jak� wydziela jego cia�o. Po raz pierwszy w �yciu Chandlie by� brudny. | ||
![]() |
![]() |
![]() |
![]() | |
Gdy uruchomi� na nowo swojego Druha, maszyna prze��czy�a si� od razu na nas�uch. Nast�pnie odwr�ci�a si� do Chandlie'ego i b�yskaj�c swymi mlecznob��kitnymi oczyma przem�wi�a: "Chandlie, masz si� natychmiast zameldowa� u opiekun�w". "Dobrze" - odpowiedzia�. Spodziewa� si� tego. Chocia� umia� przeprogramowa� maszyn�, nie przypuszcza�, �e nie b�dzie go tak d�ugo i nie przygotowa� si� na to. Opiekunowie przyj�li go w najmniejszej Sali Pos�ucha�. Wszed� tam drzwiami, kt�re zamkn�y si� szybko i za nim i natychmiast sta�y si� jeszcze jednym kwadratem w szachownicy luster i szarych metalowych p�yt. Spoza niekt�rych z tych luster obserwowali go opiekunowie. Spoza innych, by� mo�e cz�onkowie rady, kandydaci na jej cz�onk�w albo zainteresowani spraw� mieszka�cy Miasta ktokolwiek. Nie m�g� tego widzie�. Gdziekolwiek spojrza�, widzia� tylko sw�j wizerunek, odbijany w niesko�czono��. Sta� mrugaj�c uporczywie powiekami w powodzi zimnego, jasnego �wiat�a. Opiekunowie nie zadawali mu �adnych pyta�. Nie grozili mu te�: Wyg�osili jedynie nast�puj�c� seri� o�wiadcze�: "Chandlie: Po pierwsze, dokona�e� ingerencji w program swojego Druha. Po drugie, oddali�e� si� bez zezwolenia. Po trzecie, odwiedzi�e� dzielnice Miasta, do kt�rych nie mia�e� potrzeby si� udawa�. Po czwarte, nie zameldowa�e� we w�a�ciwej formie o swoich poczynaniach". Potem zamilkli na pewien czas. Teraz wolno mu by�o, je�li chcia�, z�o�y� wyja�nienia lub udzieli� informacji uzupe�niaj�cych. Nie uczyni� tego. Sta� milcz�c i po up�ywie stosownego czasu opiekunowie polecili mu wyj��. Jeden z lustrzanych kwadrat�w odchyli� si� w prz�d, sta� si� znowu drzwiami i Chandlie opu�ci� pomieszczenie. Powr�ci� do swojej bursy. Wszyscy jego r�wie�nicy przebywali ju� w swoich pokojach i przypuszczalnie spali. By�o bardzo p�no. Chandlie wzi�� k�piel, spr�bowa� zmusi� si� do wymiot�w, co mu si� nie uda�o, przep�uka� wiec dok�adnie usta i za�o�y� nocn� koszul�. Po�ywienie, jakim uraczyli go Wyrzutkowie nie nasyci�o jego g�odu, ale ba� si� je��, dop�ki jego organizm nie wydali wszystkiego, czego kosztowa� tego dnia. Ca�� noc wierci� si� i przewraca� z boku na bok budz�c cz�sto, �eby przez ca�y czas widzie�, gdzie si� znajduje i pami�ta�, gdzie by�, a potem, g�odny i niespokojny, znowu zapada� w sen. | ||
![]() |
![]() |
![]() |
![]() | |
Przez kilka. nast�pnych dni Chandlie prowadzi� normalny tryb �ycia, ale ca�y czas mia� �wiadomo��, �e na tym sprawa si� nie zako�czy. Rozwaga podpowiada�a mu, �eby zachowywa� si� przynajmniej normalnie, a je�eli to mo�liwe, nawet przyk�adnie. Jednak ciekawo�� przemog�a rozwag�. W chwilach przeznaczonych na nauk� w�asn� wybiera� numery kodowe starych ksi�g, o kt�rych wiadomo by�o, �e stanowi� przedmiot zainteresowania Wyrzutk�w. "Das Kapital" i "Walden", i g�upawe, przesi�kni�te seksem satyry napisane przez takich ludzi, jak Wolter i Swift. S�ucha� starych ballad �piewanych przez Dylana, Thomasa i Joan Baez i im podobnych. Czyta� poezje: Wordswortha, Browninga, Ginsberga. Studiowa� stare dokumenty, kt�re wed�ug jego ksi��ek, mia�y niegdy� decyduj�ce znaczenie i zbi�a go z tropu ignorancja wynikaj�ca z ich tre�ci: "Dobrze zorganizowana policja jest niezb�dna dla ochrony interes�w wolnego pa�stwa, nie nale�y gwa�ci� prawa ludzi do posiadania i noszenia broni". Nie rozumia� okre�le� "policja" i "pa�stwo", dop�ki nie zdecydowa� si� poprosi� o wyja�nienie nauczycieli. A i wtedy nie m�g� z kolei zrozumie�, dlaczego tym sprawom przypisywano kiedy� takie znaczenie. By�y to dla Chandlie'ego pracowite dni. Jego r�wie�nicy zorientowali si� niemal od razu, �e co� jest nie w porz�dku, wyw�szyli, �e ma k�opoty z opiekunami i zupe�nie naturalnie wyprzedzili decyzje opiekun�w, wymierzaj�c mu kar� od siebie. W �ywych Szachach gra� teraz jako pionek, chocia� zazwyczaj by� go�cem, a raz nawet wie��. Jego ruchy w Tai Chi uznano za groteskowe i nie zapraszali go ju� do �wicze� z reszt� grupy. Nikt nie rozmawia� z nim wprost na temat jego sytuacji opr�cz Mardy. Pewnego razu, w czasie wolnym, usiad�a obok niego i powiedzia�a: "B�dzie mi ciebie brakowa�o, Chandlie, je�li odejdziesz". Nie odpowiedzia� wpatruj�c si� uparcie w stos slajd�w. "Dlaczego na mnie nie patrzysz, gdy do ciebie m�wi�?"- krzykn�a. "Twoje narz�dy rodne s� ma�o rozwini�te" - powiedzia� mia�d��co. "Te s� dojrza�e, to du�o bardziej interesuj�ce". Rozgniewa�a si�. "Nie wyobra�aj sobie, �e b�d� kiedykolwiek chcia�a sp�odzi� z tob� dziecko - powiedzia�a. Od�o�y� wtedy pude�ko ze slajdami, wsta� i zapuka� do drzwi starszej dziewczyny. Wtedy po raz pierwszy widzia� �zy. Nast�pnego pi�todnia wezwany zosta� przed oblicze rady decydent�w i sam si� rozp�aka�. | ||
![]() |
![]() |
![]() |
![]() | |
Rada, obarczona odpowiedzialno�ci� za podejmowanie decyzji we wszystkich sprawach nie obj�tych instrukcjami sta�ych opiekun�w, zbiera�a si�, kiedy zachodzi�a tego potrzeba i tam gdzie chcia�a. Z jakich� powod�w Chandlie wzbudza� zainteresowanie wszystkich cz�onk�w rady, a wiec, gdy go poproszono, ujrza� j� w pe�nym sk�adzie, licz�cym dwadzie�cia pi�� os�b. Pomieszczenie, jakie wybrali tym razem na miejsce posiedzenia przypomina�o bardzo salon klubu. Umeblowanie stanowi�y stoliki z wpuszczonymi w blat szachownicami, niskie �awy zastawione serwisami do kawy, pojemnikami na s�odycze i napojami orze�wiaj�cymi. Na �cianach wisia�y, jeden przy drugim, stereoportrety dostojnik�w z d�ugiej historii Miasta. Sprawuj�cy aktualnie funkcje Przewodnicz�cego Rady wskaza� Chandlie'emu wygodny fotel i poda� mu fili�ank� przejmuj�co s�odkiej pianki przyprawionej do smaku owocami i mi�t�. By� to m�czyzna. Wygl�da� na mniej wi�cej trzydzie�ci lat, mia� starannie przyci�t� grzywk� nad szeroko rozstawionymi oczami, a palce zdobi�y mu pier�cienie z oczkami w postaci siatek dyfrakcyjnych mieni�cych si� hipnotycznie, gdy gestykulowa�. "Chandlie - zacz�� Przewodnicz�cy - jeste�my w posiadaniu pe�nego zestawu informacji. Po odparowaniu wody, kt�rej u�y�e� do k�pieli, znaleziono piasek z pla�y, kawa�ki rozk�adaj�cego si� drewna i grudki soli pochodz�cej z twoich szat i cia�a. Analizy laboratoryjne wskazuj� na spo�ywanie przez ciebie owoc�w w stanie niemal surowym. W dalszej kolejno�ci nakazali�my przeprowadzenie spektralnych bada� twojej sk�ry i stwierdzili�my r�wnomiern� pigmentacje twoich ramion, twarzy, szyi i dolnych partii cia�a, sugeruj�c� wystawienie ich na bezpo�rednie dzia�anie nieodfiltrowanych promieni s�onecznych. Nie ma sensu traci� naszego czasu, Chandlie. To oczywiste, �e by�e� poza Miastem". Ch�opiec skin�� g�ow� i odezwa� si�: "Tak, by�em poza Miastem". Po ka�dym zadawanym mu pytaniu g��boko zastanawia� si� nad swoimi odpowiedziami, �wiadom jaka wisi nad nim gro�ba. W pewnym sensie ryzykowa� swoje dalsze losy. Jego ambicje nie by�y jeszcze wtedy w pe�ni ukszta�towane, ale wyklucza�y one degradacje do statusu potencjalnego Wyrzutka. W bardziej .po�redni spos�b ryzykowa� te� oczywi�cie, dalsze losy Wyrzutk�w. "Co tam widzia�e�?" - spyta� z zaciekawieniem i �agodno�ci� Przewodnicz�cy Rady, a wszyscy lub prawie wszyscy z obecnych przerwali rozmowy lub lektur� i nastawili uszu. "Widzia�em pla�� - rozp�aka� si� Chandlie. "By�o bardzo dziwnie. S�o�ce by�o strasznie gor�ce, wiatr bardzo silny. Widzia�em fale wysokie na p�tora metra, rozbijaj�ce si� o piasek. Wszed�em do wody, znalaz�em jagody. Niezbyt mi smakowa�y, ale je zjad�em. Widzia�em te� budynki wzniesione z drewna i chyba gipsu". Poproszono go, �eby opisa� dok�adnie te budynki; uczyni� to. Spytano go, dlaczego tam poszed�; odpar�, �e z ciekawo�ci. Na koniec kto� bardzo ostro�nie zapyta�: "A czy widzia�e� jakich� ludzi?" Odpowiedzia�: "Oczywi�cie, spotka�em kilka kobiet w rejonie usuwania cia�. Zdaje mi si�, �e umar� kto�, kogo zna�y. I m�czyzn� programuj�cego Podr�cznych". "Nie - powiedzia� Przewodnicz�cy Rady - nam chodzi o ludzi na zewn�trz. Widzia�e� tam kogo�?" Chandlie zrobi� zdumion� min�. ,Jak kto� m�g�by tam �y�?" - zapyta�. "Nie, tam nie widzia�em nikogo". Przewodnicz�cy potoczy� wzrokiem po twarzach pozosta�ych cz�onk�w Rady. Podni�s� pytaj�co w g�r� siedem palc�w. Wi�kszo�� pokiwa�a g�owami, kilkoro wzruszy�o ramionami, reszta nie przejawia�a w og�le �adnego zainteresowania. "Masz siedem przewinie�, Chandlie - powiedzia� Przewodnicz�cy - i odpokutujesz za nie tak, jak ci to naka�� opiekunowie". Chandlie wybuchn�� gniewem. "Siedem!" - krzykn��. "To niesprawiedliwe!" Doprowadza� go do w�ciek�o�ci fakt, �e mu uwierzyli, a pomimo to na�o�yli na� tak ci�k� kar�. Siedem dni bez czasu wolnego. Albo siedem tygodni bez przywileju wyboru posi�ku. Albo siedem trudno zgadn�� czego, czego� co w opinii opiekun�w b�dzie dla� najwi�ksz� kar�, a zatem najprawdopodobniej zniech�ci go do podobnych wybryk�w w przysz�o�ci. Zanim wyszed�, ton�� ca�y we �zach, czego nast�pstwem by�o doliczenie mu dw�ch kolejnych przewinie�. Potem wr�ci� do swojej grupy r�wie�nik�w, kt�ra stopniowo zaakceptowa�a go. | ||
![]() |
![]() |